Za chwile mam samolot do Yangon w Birmie. Zostanę tam do 28 stycznia kiedy to lecę do Bangkoku. W tym czasie z racji ograniczeń w dostępie do Internetu mogę nic nie pisać. Ale jeszcze zobaczymy.
Do zobaczenia już wkrótce!
Blog z mojej podróży po Azji Południowo-Wchodniej i Australii. Początek podróży 6 lutego 2011. Koniec? Teoretycznie rok później. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malezja. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 stycznia 2012
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Papa Australio! Jeszcze tu wrócę!
Stało sie. Mój pobyt w Australii zakończył się hucznie razem z fajerwerkami na Harbour Bridge.
Po całonocnej podróży jestem znów w Azji a konkretnie w Malezji. Siedzę właśnie u fryzjera czekając na moją kolej i zastanawiam się co dzis zjeść na obiado kolację. Chińskie jadłem na lunch więc może dla odmiany coś indyjskiego?
Zdecyduję później. Dziś postaram siee jeszcze podsumować mój pobyt australijski. Chyba że malezyjski upał nie da mi pracować. Ale o upale i znów o Azji potem.
Szczęśliwego Nowego Roku!
Po całonocnej podróży jestem znów w Azji a konkretnie w Malezji. Siedzę właśnie u fryzjera czekając na moją kolej i zastanawiam się co dzis zjeść na obiado kolację. Chińskie jadłem na lunch więc może dla odmiany coś indyjskiego?
Zdecyduję później. Dziś postaram siee jeszcze podsumować mój pobyt australijski. Chyba że malezyjski upał nie da mi pracować. Ale o upale i znów o Azji potem.
Szczęśliwego Nowego Roku!
![]() |
| Fajerwerki nad mostem Harbour Bridge, Sydney, AU. |
środa, 8 czerwca 2011
Kuala Lumpur – koniec z Azją
No może nie do końca koniec. Jeszcze z pewnością tam wrócę. Póki co jednak – koniec. Czas było się przygotować do lotu do Australii. Jeszcze ostatnie spacery, wspólne posiłki i spotkania z malezyjskimi przyjaciółmi. Ostatnie zdjęcia.
Bardzo cieszyłem się na wyjazd na Antypody, jednak po prawie czterech miesiącach w Azji, muszę stwierdzić, że bardzo lubię ten kulturowy tygiel. Pod wieloma względami człowiek czuje się tutaj bardziej wolny niż w Europie czy w Stanach. Może czasem balansuje się na granicy bezpieczeństwa jednak to powoduje, że na wiele spraw patrzy się inaczej.
Bardzo miło będę wspominał Tajlandię, za serdecznych ludzi i wspaniałą kuchnię. Uduchowiony Laos, mimo, iż uraczył mnie deszczem, zimnem i anginą, z pewnością nie odkrył przede mną wszystkich tajemnic. Bardzo chcę tam wrócić i na nowo go eksplorować. Kambodża poraniona przed laty ciągle wydaje się budować nowy styl życia. Przepiękny, tajemniczy Angkor, mimo iż zatłoczony przez turystów ciągle zaskakuje. Następnym razem postaram się zwiedzić również jej rubieże. Wietnam, trochę szalony, czasem okrutny, zatłoczony i hałaśliwy, przyciąga również dobrą kuchnią. Tutaj też wiele rzeczy ominąłem, dzięki temu zawsze jest powód, aby tam wrócić. Malezja, bardzo gościnna, kulinarnie i kulturowo zróżnicowana. Mniej dzika i chaotyczna, najbardziej uporządkowana zaraz obok czystego i najdroższego Singapuru.
Cztery miesiące minęły jak z bicza strzelił, niby długo jednak ciągle za krótko. Mam nadzieję, że uda mi się w drodze powrotnej odwiedzić jeszcze Indonezję i Birmę. A jeszcze są w okolicy Filipiny, Chiny, Japonia, etc. … Jest co zwiedzać. ;)
Póki co już jestem w Sydney, ale o tym w następnych postach.
![]() |
| Świątynia buddyjska w Kuala Lumpur. |
![]() |
| W centrum Kuala Lumpur. |
![]() |
| Jeden z mieszkańców KL. |
![]() |
| U fryzjera. |
![]() |
| Muzułmańskie husty. |
![]() |
| Drzemka na ulicy KL. |
![]() |
| Na ulicach KL. |
![]() |
| Przesympatyczny pan szewc. |
![]() |
| Mała drzemka przed sklepem. |
![]() |
| Mieszkaniec KL. |
![]() |
| Chłopak z balonikiem. |
![]() |
| Dziewczynka po występach tanecznych. |
W drodze do Cherating.
Jako, że Singapur fajny, ale drogi, szybko z niego uciekłem kierując się na wschodnie wybrzeże Malezji. Wybrałem opcję nocnego autobusu do Kuantan skąd miałem nadzieje przedostać się na plaże Cherating.
View Larger Map
Autobus ruszył około 21.50, po godzinie znów byłem na granicy, znów miałem zeskanowane linie papilarne palców wskazujących obu dłoni, znów musiałem prześwietlić bagaż (tym razem po malezyjskiej stronie) i znów znalazłem się z powrotem w wychłodzonym klimatyzacją autobusie. Dobrze, że w bagażu podręcznym miałem koszulę z długimi rękawami i laotańską hustę.
Zasnąłem koło pierwszej. Nie było za dużo pasażerów, więc miałem całe dwa miejsca dla siebie. Wtem autobus stanął a kierowca krzyknął, że już koniec trasy. W pierwszej chwili myślałem, że żartuje. Zaspany spojrzałem na zegarek, była czwarta rano. Nie żartował. Wysiadłem na ciemną uliczkę, obok ciemnego dworca autobusowego. Jedynym jasnym punktem okolicy była mała indyjska knajpka, otwarta całą dobę, w której przesiadywali taksówkarze. – Taxi, Sir? Where you want to go? (gdzie chcesz jechać?)
Na moją odpowiedź mówili – no bus, take taxi! (nie ma autobusu, weź taksówkę). Jasne.
I zapłać dziesięć razy tyle co za autobus…
Postanowiłem poczekać na autobus w indyjskiej knajpce. Zamówiłem Masala Tea (rodzaj indyjskiej herbaty z mlekiem) i standardowo ryż z jakimiś dodatkami. Posiliwszy się dość wczesnym śniadaniem, zamówiłem kawę i czytając na zmianę przewodnik i książkę, cierpliwie czekałem. Podczas oczekiwania, zauważyłem przemykającego szczura pod kuchennymi szafkami knajpki. Kiedy powiedziałem o tym obsłudze, pokiwali głową i powiedzieli, że tak, że one są wszędzie… fuj!
Koło 6.30 postanowiłem udać się na dworzec, z którego miały odchodzić autobusy do Cherating. Według przewodnika, miał on być oddalony od głównego dworca o około 2 km. Jakoś nie uśmiechało mi się maszerowanie całej drogi, więc dałem się namówić taksówkarzowi, który miał mnie tam zawieźć. Zostałem wyrzucony przy jakimś ciemnym parkingu, na moje pytanie czy to na pewno to miejsce taksówkarz pokiwał przekonująco głową i zainkasował zapłatę. Hm… No dobra. Wysiadłem, ale jakoś ciągle nie byłem przekonany czy to jest właściwe miejsce. Obok był otwarty sklepik 7/11 więc udałem się tam, aby się upewnić. W środku miły sklepikarz pokiwał głową, że owszem, stąd odchodziły kiedyś autobusy, a teraz odchodzą z okolicy dworca głównego… Gdy wyszedłem ze sklepu po taksówkarzu nie było śladu, tylko ja życzyłem mu gorąco w myślach „szerokiej drogi”.
Musiałem zatem wrócić do miejsca gdzie siedziałem kilka godzin w kawiarni. Ciągle było ciemno, a ja nie miałem pojęcia w którą stronę mam się udać. Na szczęście po chwili pojawiła się inna taksówka, która zawiozła mnie w wyznaczone miejsce. Próbowałem znaleźć tam mojego „uczciwego” taksówkarza, który mnie wywiózł, ale go nie znalazłem. Tylko jego kolegom, którzy ciągle siedzieli przy stolikach, dobitnie powiedziałem co o nim sądzę, że jest oszustem.
Dworzec z lokalnymi autobusami faktycznie był zaraz obok, więc podreptałem tam bez zmęczenia. Na miejscu okazało się, że najbliższy autobus będzie za godzinę. Przyjechał za cztery… Czekając poznałem miłego gościa, który mi opowiadał jak właśnie stara się o nową żonę. Żeby było jasne – drugą. Gość był muzułmaninem, a oni mogą mieć do czterech żon, ale za każdym razem „stare” żony muszą się zgodzić na nową.
Gdy dojechałem po około półtorej godziny na miejsce, do Cherating oczom moim ukazała się mała miejscowość będąca… niemal pusta! Okazało się, że najwięcej gości przyjeżdża w sezonie zimowym, kiedy są najlepsze fale i są bardzo dobre warunki do surfowania.
Miało to swój urok, gdyż życie biegło tam bardzo leniwie.
Wynająłem mały bungalow i na zmianę czytałem, opalałem się pływając w cieplutkiej wodzie, spacerowałem, spałem. Odpoczywałem. Spędziłem tam tylko trzy noce, gdyż czas mnie gonił – zbliżał się termin lotu do Melbourne, więc czas było wracać do Kuala Lumpur.
![]() |
| Najbardziej zatłoczone miejsce na plaży. |
![]() |
| Pusta plaża Cherating. |
sobota, 28 maja 2011
Melaka
Po moich urodzinach wybrałem się na południe. Skierowałem więc swoje kroki na południowy dworzec autobusowy. Trochę byłem w szoku, gdyż dworzec okazał się ogromnym nowoczesnym budynkiem, z poziomami „odlotów” i „przylotów”.
Bardzo przypominał lotnisko. Jak sobie przypomnę dworzec Zachodni w Warszawie, to aż serce boli. Wstyd będzie przyjmować gości na Euro…
![]() |
| Lotniskowa hala dworca autobusowego. |
Droga do Melaki, dawnej stolicy kraju i kulturowego centrum zajęła mi niecałe trzy godziny. Z dworca do centrum autobusem numer siedemnaście przeniosłem się w kierunku starówki, która od kilku lat należy do światowego dziedzictwa ludzkości UNESCO. Urocze wąskie uliczki zaprowadziły mnie do przytulnego hoteliku.
Melaka jest bardzo przyjemny miastem. Jest tutaj dużo sklepików z pamiątkami, restauracji z naprawdę pysznym jedzeniem, galerii z przeróżnymi formami sztuki. Bardziej mi się tutaj podobało niż w Georgetown, gdyż jest dużo przytulniej, spokojniej. Nie ma tyle samochodów, a i ludzie jakby bardziej się uśmiechają.
Nie mam trochę już inwencji o czym pisać, więc niech same zdjęcia opowiedzą historię.
![]() |
| Malunek na domu ze sklepem z pamiątkami. |
![]() |
| Jeden z wielu małych sklepików z pamiątkami. |
![]() |
| Kierowca miejscowej odmiany rykszy. |
![]() |
![]() |
| Czekając na jedzenie. |
![]() |
| Klient chińskiej restauracji. |
![]() |
| Kolejny kierowca rykszy. |
![]() |
| Hinduski sklepikarz dziergający naszyjnik z kwiatów. |
![]() |
| Mr Soon, 95-letni staruszek, którego zaprosiłem na kawę. |
![]() |
| Płaskorzeźba na ścianie chińskiej świątyni. |
![]() |
| Jeden z wielu miejscowych kotów, który szybko mnie polubił. |
piątek, 27 maja 2011
Urodziny
W dzień moich urodzin rozstałem się z Kiki i pojechałem do Kuala Lumpur gdzie wieczorem Jason z Couchsurfingu oraz jego koleżanka Jenny zorganizowali mi imprezę urodzinową. Dostałem nawet mini tort w postaci pysznego czekoladowego Brownie z lodami. Było jeszcze kilka osób, Shankita, Kate, brat Jasona i jeszcze kilka osób z pracy Jasona (AmEX). Było cudownie.
![]() |
| Mój przepyszny tort. |
![]() |
| Moi fantastyczni gospodarze Jason i Jenny. |
Przy okazji bardzo dziękuję za wszystkie życzenia! :)
Georgetown/Penang Island
Około siódmej rano opuściliśmy nasz hostel i udaliśmy się z Kiki na dworzec autobusowy gdzie kupiliśmy bilety na autobus w kierunku Georgetown leżącego na wyspie Penang, na północnym zachodzie Malezji.
Jako, że mieliśmy jeszcze trochę czasu do odjazdu zjedliśmy śniadanie w pobliskiej indyjskiej restauracji i najedzeni wsiedliśmy do autokaru.
Droga była kręta i zajęła więcej czasu niż się spodziewaliśmy. Dla zabicia czasu graliśmy na moim telefonie w Monopolly. Autobus wysadził nas w mieście Butterworth, nieopodal promu do Georgetown. Kiedy już mieliśmy wsiadać na prom zaczął padać deszcz, co dobitnie dało się zauważyć na samym promie, gdyż dach przeciekał i połowa miejsc siedzących była zalana. Podróż promem trwała około dwudziestu minut i wysiedliśmy w porcie wyspy Penang. Nie jest to jednak jedyny sposób dotarcia na wyspę. Kilka lat temu zbudowano most, a z tego co się dowiedziałem, właśnie budowany jest drugi. Warto tylko dodać, że obecny most ma 8,4 km długości i robi naprawdę spore wrażenie. Jest jednym z najdłuższych mostów na świecie, a już obok powstaje drugi. Jeszcze dłuższy.
![]() |
| Port miasta Butterworth |
Będąc już na wyspie udaliśmy się w kierunku Chinatown, gdzie zwyczajowo można znaleźć najtańsze noclegi i gdzie jest największy wybór tychże.
Po około dwudziestominutowym spacerze dotarliśmy do celu i po kolejnych dwudziestu minutach mieliśmy zorganizowane noclegi.
![]() |
| Georgetown od strony morza. |
Tego dnia nie pozostało nic innego jak zjeść obiad i przejść się po mieście. Upał był ogromny, a mnie jakoś zmęczyła jazda krętymi drogami, więc po jakimś czasie poszedłem do pokoju, aby się trochę przespać, a Kiki poszła w towarzystwie spotkanych znajomych z Cameron Highlands dalej zwiedzać miasto.
Wieczorem poszliśmy coś zjeść i trafiliśmy do tradycyjnego chińskiego Food Court. Jak to wygląda? Otóż zazwyczaj takie miejsce oparte jest na planie czworokąta, na pustym placu w środku znajdują się ponumerowane stoliki, a wszystkie boki czworokąta to nic innego niż małe restauracyjki uliczne. Można w takich miejscach znaleźć przysmaki kuchni tajskiej, chińskiej, malajskiej, indyjskiej, koreańskiej, japońskiej… etc.
Zazwyczaj wybór jest naprawdę spory, aż ciężko się zdecydować.
![]() |
| Tutaj jedliśmy naszą obiado-kolację. |
Zamawianie wygląda następująco – u krzątających się kelnerów zamawiamy napoje (moim ulubionym był sok z arbuza) po czym już bezpośrednio w każdej restauracji zamawiamy naszą potrawę podając numer stolika. Płaci się w momencie podania dania.
Prosto, pysznie, bez nadęcia i zazwyczaj dosyć tanio. Czasem zdarza się, że obok ustawiona jest scena a na niej występy dla gości. Podczas naszej kolacji występowały miejscowe gwiazdy.
![]() |
| Jedna z występujących miejscowych „gwiazd”. |
Następnego dnia wypożyczyliśmy wspólnie dwa skutery i udaliśmy się wzdłuż północnego wybrzeża wyspy na zachód w stronę parku narodowego. Kiedy tam dotarliśmy ja zdecydowałem nie wchodzić do środka (plażę małp już „zaliczyłem” w Wietnamie) – jakoś miałem ochotę pojeździć skuterem, więc postanowiłem zrobić pętle wokół wyspy.
![]() |
| Pomost prowadzący do kutrów rybackich po którym miejscowi jeżdżą na skuterach. |
Była piękna pogoda i widoki były urocze. Po drodze zboczyłem w jedno miejsce (chciałem trafić na wioskę rybacką) gdzie natrafiłem na plantację palm „olejowych”. Wąska droga zaprowadziła mnie w środek oazy spokoju, gdzie miałem okazję znów spotkać małpy – jednak tym razem bardziej dzikie. Kiedy podchodziłem bliżej uciekały bacznie mi się jednak przyglądając.
![]() |
| Plantacja palm |
![]() |
| Z tych czerwonych owoców palmowych wytłacza się olej palmowy, który ma czerwonawo-pamarańczowy kolor przez dużą zawartość beta karotenu (jak w marchewkach). |
Odwiedziłem również dość cukierkową by nie powiedzieć festyniarską świątynie buddyjską Kek Lok Si z ogromnym 36,5 m posągiem Bogini Łaski Kuan Yin. Wstąpiłem również do sadu owoców tropikalnych, gdzie wypiłem pyszny koktajl owocowy.
![]() |
| Ten ogromny posąg i kolumnadę ufundowały Chiny. |
Samo miasto Georgetown słynie z rozmaitej i smacznej kuchni. Muszę przyznać, że nie zrobiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia.
![]() |
| Jedna ze świątyń buddyjskich. |
poniedziałek, 23 maja 2011
Cameron Highlands
Po obejrzeniu Kuala Lumpur postanowiłem udać się na północ. Pierwszym przystankiem miało być miejsce zwane Cameron Highlands.
Jest to obszar wielkością równy Singapurowi położony na wysokości około 1500 m, gdzie temperatury w dzień rzadko przekraczają dwadzieścia pięć stopni, w nocy spadają do około jedenastu. Znane jest z uprawy herbaty i szlaków górskich przez dżunglę.
Niestety w dniu wyjazdu nie udało mi się wstać na tyle wcześnie, aby złapać bezpośredni autobus na miejsce. Poprzedniego wieczora długo siedziałem z Jasonem, kolejnym Couch Surferem Otto oraz z przyjaciółką Jasona Jenny, która wprowadziła się na jakiś czas do niego. Rozmawialiśmy do chyba piątej nad ranem. Dobrze, że Jenny i Jason mieli na popołudnie do pracy.
Wyjechałem zatem z KL wczesnym popołudniem wybierając autobus do Ipoh, skąd spodziewałem się złapać jakiś lokalny autobus do Tanah Rata, będącego centralnym miastem Cameron Highlands. W Ipoh jednak się okazało, że ostatni autobus w pożądanym przeze mnie kierunku odszedł pół godziny wcześniej a następny będzie około 11 dnia następnego. Cóż było robić, zacząłem od szukania hotelu. Jako, że plecak ciężkawy postanowiłem znaleźć nocleg jak najbliżej dworca autobusowego, co udało się po około pół godzinie. Hotel był z tych podlejszych – mój miniaturowy pokój mieścił jedynie łóżko. Mój plecak zajął resztę wolnej przestrzeni, tak, że tylko dało się otworzyć do wewnątrz drzwi. Nie było oczywiście okna (od anginy w Laosie bardzo zwracam uwagę na dostęp świeżego powietrza), była połowa klimatyzacji (druga połowa, przez wybitą w ścianie dziurę chłodziła pokój obok). Jako, że klimatyzacja bardzo wiała, wyłączyłem ją przełącznikiem na korytarzu.
W hotelu poznałem Kiki – Niemkę, również podróżującą samotnie, która podążała w tym samym kierunku co ja. Razem zjedliśmy kolację i następnego dnia postanowiliśmy połączyć siły w podróży.
Gdy wróciłem do hotelu i położyłem się spać, nie mogłem zasnąć, więc oglądałem jakiś film na komputerze, kiedy do pokoju obok ktoś się wprowadził włączając oczywiście klimatyzację. Początkowo było ok, ale po chwili zrobiło się naprawdę zimno. Spodziewając się, że jak wyłączę klimę, za chwilę i tak zostanie ona włączona, wybrałem manewr dywersyjny – wykorzystałem taśmę „power tape” i zakleiłem otwór klimatyzacyjny po mojej stronie… Cały impet nawiewu poszedł do drugiego pokoju a ja mogłem w końcu spokojnie zasnąć.
Następnego dnia razem z Kiki udaliśmy się na dworzec, skąd już bez komplikacji dotarliśmy do Tanah Rata. Wcześniej telefonicznie zarezerwowałem nocleg w polecanym przez Lonely Planet hostelu. Pokoje okazały się czyste a atmosfera panująca na miejscu była bardzo przyjemna.
Tego dnia padało, więc nie bardzo uśmiechało się do nas szczęście. Zjedliśmy obiad w indyjskiej restauracji i wieczór spędziliśmy na czytaniu, planując wczesne wyjście dnia następnego.
Rano po indyjskim śniadaniu udaliśmy się w stronę plantacji herbaty, oddalonej o kilka km od Tanah Rata. Spacer w słońcu wynagrodziły cudne widoki zielonych liści herbaty. W punkcie widokowym napiliśmy się herbaty z miejscowej plantacji i poszliśmy szukać szlaku na jeden z pobliskich szczytów. Nie mieliśmy jednak porządnej mapy, a wszyscy, których pytaliśmy o drogę rozkładali ręce, więc po jakimś czasie odpuściliśmy i zdecydowaliśmy się na powrót do Tanah Rata na lunch.
![]() |
| Widok z tarasu widokowego na plantacje herbaty. |
![]() |
| Urwałem kilka liści i muszę przyznać, że takie świeże wcale nie pachną jak herbata... |
![]() |
| Kiki |
![]() |
| Aż chciało by się zaśpiewać: Batumi, ech Batumi, herbaciane pola Batumi... Tylko miejsce się nie zgadza :p |
Było upalnie a nam nie chciało się iść w upale pod górę, więc złapaliśmy stopa. Zatrzymał się młody chłopak, hindus, student, który z uśmiechem zabrał nas do swego auta. Jako że też zamierzał zjeść lunch w Tanah Rata razem udaliśmy się do indyjskiej restauracji przy głównej drodze. Zaczęliśmy rozmawiać, chwaląc malezyjskie drogi za rozwiniętą infrastrukturę i bezpieczeństwo na drogach, kiedy nagle nastąpił odgłos uderzenia. Obok nas na drodze ciężarówka potrąciła kierującego skuterem. Kierowca skutera zdążył cudem zeskoczyć z niego, zanim ten stanął w płomieniach…
![]() |
| Skuter w ogniu. |
Chwilę trwał pożar po czym ktoś z boku podszedł z gaśnicą i ugasił ogień. Za chwilę przyjechał też policjant i ściągnięto z drogi mocno uszkodzony skuter.
![]() |
| Strażak Sam. |
Byliśmy w niezłym szoku… Całe szczęście, że nikomu nic poważnego się nie stało.
Nasz nowy znajomy zaproponował, że podrzuci nas do pobliskiej miejscowości, gdzie znał miejsce skąd rozpoczynały się szlaki przez dżunglę. I tym razem nie mieliśmy szczęścia, gdyż jak tam dotarliśmy czarne chmury i już padający deszcz ostudziły nasze plany. Zostaliśmy w zamian podrzuceni do pobliskiej świątyni buddyjskiej.
![]() |
| Główny posąg Buddy w świątyni. |
Była to duża, nowa budowla i przyznam szczerze nie umywała się do nastroju świątyń w północnej Tajlandii czy Laosie. Jakaś taka plastikowa była a i mnisi jacyś inni.
![]() |
| Znudzony mnich w świątyni rozwiązujący Sudoku. |
W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o plantacje truskawek. Trochę inaczej są uprawiane niż u nas w Polsce, i ciut inaczej smakują. Ech, zjadło by się taką polską, ze śmietanką lub lodami… W przyszłym roku dopiero…
![]() |
| Tak można mieć swoje truskawki nawet na balkonie :p |
![]() |
| Do zobaczenia niebawem! |
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































